Ponieważ wróciłem do Polski (wczoraj) i nie mam chwilowo więcej pomysłów, zawieszam działalność na tym blogu. Nie znaczy to, że nie powrócę - szczególnie, że zamierzam zamienić kawałek europejskiej zimy na lato na drugim końcu świata
. Ale o tym kiedy indziej.
Język australisjki osobom biegłym w języku angielskim raczej nie sprawia problemów. Nie jest wcale łatwo wynaleźć wiele charakterystycznych fraz, niespotykanych w innych dialektach. Wszędzie można znaleźć informację, że aussies witają się g’day - co jest nieprawdą, gdyż najczęściej spotyka się pospolite hi oraz hello. Oczywiście można usłyszeć g’day mate ale to głównie wśród ludzi niewykształconych i młodzieży. Podobnie sprawa ma się z samym mate.
Prawdą jest natomiast wszechobecność zwrotu no worries (często z dodatkiem mate). Używany jest on jako przerywnik, zamiast zwrotu no problem, zamiast ok, all right - generalnie zawsze i wszędzie. Zwrot I think ma tutaj postać I reckon i ta druga wersja jest dominująca.
Melbournijczycy twierdzą (przynajmniej ci, których spotkałem), że w tym mieście lifestyle polega na tym, żeby dobrze zjeść, wypić dobrą kawę i za bardzo nie przejmować się robieniem pieniędzy. Restauracji i barów, w których można zasmakować kuchni z całego świata jest w Melbourne ogromna ilość. Wiele jest też kawiarni, nie jestem jednak w stanie ocenić jakości kawy tu podawanej, bo w ogóle tego napoju nie pijam.
Jeśli ma się dobre rozeznanie w kulinarnej mapie City bez problemu jadać można codziennie wyśmienite potrawy kuchni włoskiej, francuskiej, chińskiej, hongkongijskiej, szanghajskiej, etc. Ważne jest, żeby mieć dobrego przewodnika, gdyż wiele wartościowych miejsc jest niewidocznych jeśli ograniczamy się do głównych ulic - wąskie uliczki i zakamarki Melbourne skrywają wiele tajemnic…
Dzień pracy zaczyna się tu najczęściej o 9 i trwa normalnie do 17, ale w IT ludzie zostają niejednokrotnie dłużej (inne działy idą do domu w przepisowym czasie). Na lunch można wyjść kiedy się chce i nie wracać przez jakąś godzinę, ale dla kogoś kto billinguje za godziny, to strata czasu (no chyba, że jemy coś wyjątkowo smacznego). (more…)
Nie jest żadną tajemnicą, że w Australii mamy w tej chwili zimę. Zima ta może przejawiać się na przykład tak mroźną pogodą jak 15-20°C w Sydney czy 10-15°C w Melbourne. Śniegu oczywiście nie ma. A ściślej rzecz ujmując, nie ma go poza górami. No ale właśnie - góry. W Australii są góry, o czym wie każdy z lekcji geografii (Wielkie Góry Wododziałowe, czyli Dividing Range).
Część tychże gór zwana jest w celach marketingowych Alpami Australiskimi. Porównywanie tychże z europejskimi Alpami pod względem wysokości bezwzględnych, ilości resortów narciarskich, etc. etc. jest nie na miejscu (dobrze, że chociaż tyle śniegu Aussie mają u siebie, a jak chcą więcej to lecą odwiedzić Kiwis, czyli na sąsiednią wysepkę).
Najbardziej znanym i modnym resortem w stanie Victoria (którego stolicą jest Melbourne) jest Falls Creek. Z samego Melbourne jedzie się tam ponad 4 godziny, w dużej części autostradą. W sezonie, który trwa tu bardzo krótko, przyjeżdża do Falls Creek dość dużo melbournians, żeby choć raz w roku pojeźdźić na nartach.
Charakterystyczne, że nie jest tu popularne posiadanie własnego sprzętyu narciarskiego. Przeważająca większość korzysta z dobrze zaopatrzonych (we włoski i francuski sprzęt) wypożyczalni.
Bardzo dobre warunki do jazdy są tu w zasadzie tylko wtedy, kiedy pada śnieg. Tak się złożyło, że w czasie mojego tam pobytu warunki były wręcz rewelacyjne. Trasy typu Widowmaker, Chainsaw czy Last Tango pokryte puchem okazały się bardzo pobłażliwe dla kiepskiego narciarza, jakim - ponad wszelką wątpliwość - jestem.
Zdjęcia ilustrujące ten wpis zostały wykonane 08.08.08 w dniu rozpoczęcia Olimpiady, podczas gdy w Warszawie temperatura sięgała 30°C (w Falls Creek -5°C do -2°C).
Co można robić w weekend w Melbourne (po całym tygodniu ciężkiej pracy)? Można na ten przykład wybrać się na wystawę sztuki nowoczesnej Melbourne Art Fair 2008 (byłem, nic szczególnego, nie polecam). Można też pójść na zakupy (dobry pomysł) lub wybrać się nad zatokę na spacer / barbecue (świetny pomysł, choć zależnie od pogody). W tę niedzielę miałem okazję zobaczyć australijskie barbecue w strugach deszczu (najśmieszniejsze, ża padało tylko w czasie smażenia kiełbasek, później momentalnie zza chmur wyszło znowu słońce). Bardzo ciekawym wynalazkiem, powszechnym zarówno Down Under (czyli tutaj) jak i u Kiwis (czyli na Nowej Zelandii), są publicznie dostępne stoły do barbecue. Ich obsługa jest bardzo prosta, gdyż sprowadza się do naciśnięcia jednego przycisku i kontrolowania świecącej się lampki.
Niestety nie miałem wczoraj ze sobą dużego aparatu, więc zdjęcia robiłem komórkami (używam tutaj dwóch - mojego “polskiego” iPhone’a i australijskiego 3 Skypephone).
Szczególne dobrodziejstwo transit lane, czyli pasa tranzytowego na autostradzie, miałem okazję zaobserwować wczoraj, gdy możliwość skorzystania z niego zaoszczędziła nam (mnie i koledze) przynajmniej 25 minut. Na czym jednak polega trick? Otóż nasza dojazdowa autostrada M3 ma cztery pasy, jednak skrajne lewy i prawy to tzw. transit lanes, z których w godzinach 7:00-9:30 korzystać mogą jedynie busy, taksówki i samochody osobowe, w których podróżuje więcej niż jedna osoba. Zdziwić się można jak wiele osób mimo takiej zachęty wybiera stanie w korku i jeździ samotnie do pracy w City.
Niektórzy, będący sick and tired z powodu tracenia 2-3 godzin dziennie na dojeżdżanie do City i wracanie do domu, po prostu przeprowadzają się np. do Southbank lub do samego City. Miejsca te są szczególnie atrakcyjne dla tych, którzy bardziej cenią sobie imprezowanie i wielkomiejski lifestyle niż ciszę i spokój przedmieść. Z tego, co się orientuję, to ceny najmu mieszkań są w Melbourne generalnie niższe niż w naszej kochanej stolicy (vide realestate.com.au), gdyby tylko wiosna trwała tu cały rok…
Dzisiaj jednak żaden transit lane nie był nam w stanie pomóc, gdyż na M3 był wypadek, który spowodował dość duży korek. Próbowaliśmy przebić się bocznymi drogami, ale i tak dojazd zajął nam półtorej godziny. Żeby jednak nie zostawić złego wrażenia, to musze dodać, że korki są i tak mniejsze niż w czasie warszawskich godzin szczytu.
Już niemal tydzień spędziłem w Sydney, największym mieście Australii, w świadomości obcokrajowców mylnie funkcjonującym jako stolica tego kraju (którą jest oczywiście Canberra). Nie należy się dziwić jeśli usłyszy się wymowę /ˈsɪdniː/, gdyż tak właśnie wymawia się tę nazwę po australijsku (tak samo jak /ˈmelbən/ to Melbourne).
Złośliwi melbournyjczycy (Melbournians) zwykli mawiać, że w Sydney niewiele można zobaczyć, co najwyżej Operę i Harbour Bridge. Oczywiście, po części wynika to z odwiecznej (bierzemy poprawkę na australisjką skalę chronologiczną) rywalizacji tych dwóch miast - Melbourne jako najbogatszego i Sydney jako nastarszego (problem rozwiązano ustanawiając stolicę w odpowiedniej odległości od obu tych miast) - ale jest też w tym trochę prawdy.
Nie zamierzam wdawać się w skomplikowaną argumentację, ograniczę się tylko do lakonicznego stwierdzenia, że Melbourne bardziej mi odpowiada. Może jest mniej “wielkomiejskie”, ale za to ma znacznie bardziej przejrzysty układ urbanistyczny i bardziej przyjazną komunikację (a przynajmniej prościej zorganizowaną).
Tak się składa, że najbardziej rozpoznawanymi symbolami Australii są dwa gatunki jej fauny, czyli kangury i misie koala. W związku z tym, dla turystów dostępnych jest wiele miejsc gdzie można wejść z tą fauną w bliższy kontakt, głównie celem wykonania pamiątkowego zdjęcia. Ja miałem okazję dopełnić tego rytułału w Ballarat Wildlife Park, więc zamieszczam dwa trofea poniżej.
Muszę poczynić pewną uwagę natury ogólnej - nie uda mi się utrzymać ścisłej chronologii w narracji tego bloga, gdyż od czasu do czasu będę wracał do wydarzeń wcześniejszych lub kwestii uprzednio już poruszanych. Dlatego też teraz właśnie, na prośbę Riddle’a, publikuję kilka zdań na temat dość ważny, a mianowicie - jak wygląda podróż do Australii.
(more…)
Podróż
Z dedykacją dla Riddle'aMelbourne to City i reszta świata. O ile ta reszta to przedmieścia o niskiej zabudowie i dość wątpliwej estetyce (IMVHO), to City robi duże wrażenie. I nie chodzi tu o historyczność miejsca, gdyż stuletnie budynki uważane tu są za wyjątkowo leciwe, lecz o nowoczesność, dynamikę zmian i łatwość adaptacji “starej” architektury. Widać to szczególnie na przykładzie budynków, które zgodnie z prawem mają pozostawione oryginalne fasady, ale całkowicie przebudowane wnętrza.
Nie jestem krytykiem architektury, ani też do tego miana nie aspiruję, więc ograniczę się do ogólnego stwierdzenia, że mi się tu podoba (mówię oczywiście cały czas o City). Mam nadzieję, że resztę historii opowiedzą zdjęcia.
Na początek dwie panoramy City zrobione z pomnika weteranów wojen wszelakich (głównie ANZAC), czyli The Shrine of Remembrance.
Co prawda kilka dni na australiskiej ziemi już spędziłem (przylot 8 lipca z Hong Kongu), ale dopiero teraz znalazłem chwilę, żeby “postawić” tego bloga. Mam nadzieję, że będzie to dobre narzędzie do przekazania pewnej historii, dzięki czemu nie będę musiał godzinami opowiadać wszystkiego po powrocie do Polski.
Jeśli chodzi o treść, to zamieszczać tutaj będę najciekawsze moim zdaniem zdjęcia, które uda mi się wykonać i różne uwagi odnośnie kwestii, które wydadzą mi się interesujące lub zostaną u mnie “zamówione”.
Well, off we go mates!









